12-07-2019 eKurier | Kurier Plus
Totalna krytyka szkodzi całej branży

Stocznia dostała szansę

Stocznia dostała szansę
Fot. Elżbieta KUBOWSKA

Z Ryszardem KWIDZIŃSKIM, ekspertem gospodarki morskiej, rozmawia Elżbieta KUBOWSKA

 

– Stocznia Szczecińska była kiedyś potęgą na skalę europejską, a nawet światową. Pan należał do ścisłego kierownictwa zakładu w latach jego świetności. Dlaczego tak dobrze prosperująca stocznia upadła?

– W latach 2001-2002 pozaprawnie doprowadzono do upadku Stocznię Szczecińską Portę Holding. Byli ministrowie Wiesław Kaczmarek i Krzysztof Janik mówili o zorganizowaniu linczu medialnego zarządowi SSPH. Polityczne działania wskazuje opinia Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego i prawomocne wyroki sądów. Bezpośrednim powodem działań była chęć przejęcia majątku stoczni i spółek z nią związanych. Pojawiła się teza „stocznia dla państwa, holding dla syndyka”. Potem było i strasznie, i śmiesznie. SLD-owskie państwo zagrabiło za złotówkę stoczniową spółkę ASS i nazwało ją Stocznią Szczecińską Nową, za którą 3 miesiące wcześniej kapitał niemiecki oferował 40 mln marek. Na okres działalności SNN przypadł rekordowy boom na statki, ich ceny wzrosły o ok. 100 proc. Stocznie świata osiągnęły niespotykane korzyści, a nasze, zarządzane w sposób nieudolny przez ówczesne rządy, upadły.

– Jak to było możliwe?

– Można by powiedzieć, że fachowcy siedzieli na ławie oskarżonych, a nieudacznicy kierowali branżą, ale to jest smutna konstatacja. Komisja Europejska w decyzji z 6 listopada 2008 r. podała powody upadłości stoczni. Uznała, że SSN i Stocznia Gdynia skorzystały z niedozwolonej pomocy państwa i muszą ją zwrócić. Brak odwołania od tej decyzji ze strony ówczesnego rządu oznaczał likwidację stoczni. W Gdyni miejscowym elitom udało się zorganizować lokalne środowisko okrętowe. Przedsiębiorcy wzięli w swoje ręce odbudowę tamtejszego przemysłu okrętowego i uratowano infrastrukturę stoczniową. W Szczecinie jedna z agencji ówczesnego rządu sprokurowała aferę Silesia – Kraftport. Próby powtórzenia ścieżki gdyńskiej nie zostały zaakceptowane przez szczecińskie środowisko stoczniowe. Wynikało to z rozdrobnienia i słabości kapitałowej, a w jeszcze większym stopniu z braku wiary w swoje siły i braku zaufania między przedsiębiorcami. Obecna sytuacja jest wynikiem negatywnych decyzji z tamtych czasów.

– Apelowano do władz o pomoc w odbudowie Stoczni Szczecińskiej, tworzono różne koncepcje, m.in. włączenia w to Stoczni Remontowej „Gryfia”. Dlaczego nie wyszło?

– Apele o pomoc wynikały z przeświadczenia, że dochodów z przemysłu stoczniowego nie da się łatwo zastąpić innymi. GUS informował o najniższej wśród województw dynamice wzrostu PKB, która w latach 2000-2006 wyniosła u nas 18 proc. przy średniej krajowej 43. Szczecin dopiero w 2011 r. przychodami zbliżył się do przychodów osiągniętych w kryzysowym dla Porty Holding roku 2002. W 2013 r. przy sejmiku zachodniopomorskim powołano zespół, który opracował koncepcję odbudowy okrętownictwa w regionie. Markowi Tałasiewiczowi pomagała grupa osób związana z pomysłem rewitalizacji przemysłu stoczniowego w Szczecinie. Byli to m.in. Longin Komołowski, Mieczysław Jurek, Grzegorz Huszcz, Bogusław Adamski, również ja. Koncepcja wyjściowa musiała być oparta na analizie stanu formalnego branży. Jedynie „Gryfia” była rozpoznawalną marką w przemyśle stoczniowym Szczecina, miała też stosowne uprawnienia formalne do budowy statków, co było istotne dla planów odtworzenia potencjału

...

Zawartość dostępna dla czytelników eKuriera
Pozostało jeszcze 80% treści

Pełna treść artykułu dostępna po zakupie
eKuriera
z dnia 12-07-2019